0011. Jezioro Drawsko. Zatoka Rękawicka  
     
                              
                                   Foto - Galeria miniatur                                                 Wideo - Fragment w miniaturze  
     
     
  2007.09.23 Niedziela  
 

Do rozpoznania Zatoki Henrykowskiej (Siemczyńskiej) i Rękawickiej przymierzałem się od kilku lat. Podczas corocznych objazdów jeziora, w trakcie których poszukiwałem nowych dróg dojazdowych oraz miejsc dogodnych do bezpiecznego biwakowania i dogodnego wodowania pontonów, w samym Siemczynie zatrzymywałem się kilkakrotnie. Niestety - ze świetnej dokumentacji fotograficznej, po awarii komputera, pozostała mi tylko jedna nieuszkodzona fotka z dnia 10.04.2005. Z odzyskania pozostałych z wielkim żalem musiałem zrezygnować ze względu na koszty - dużą kwotę musiałem wyłożyć na odzyskanie zasobów ważniejszych od dokumentacji fotograficznej.     

 

Decyzję o rozpoznaniu zatoki w dniach 23-25.09.2007 (niedziela-wtorek), podjęliśmy w połowie tygodnia, po bardzo pomyślnych na te dni prognozach meteo. Akurat po długim okresie zimna i pogody w kratkę, po kilkudniowych zbiorach i uprzątaniu działki, mieliśmy dość zimna, kataru i kaszlu. Zapowiedź zaledwie trzech słonecznych, ciepłych dni i kolejnego nawrotu do opadów i zimna przechyliła szalę - płyniemy!

Na wypadek, gdyby prognozy niezupełnie sprawdziły się, prawo wędkowania z łodzi wykupiłem na dwa jeziora - Drawsko i Kocie (na malutkim Kocim można wytrzymać na pontonie nawet gdy mocno dmucha) ale uciążliwe przygotowanie sprzętu pozostawiłem na niedzielę. I to był błąd, który mocno pomieszał nam plany.

Niedzielny poranek okazał się naprawdę piękny. Słońce, szybko rosnąca temperatura, babie lato, wspaniałe kolory chyba nieco przedwczesnej złotej jesieni i przede wszystkim niemal absolutny brak wiatru. Więc szybkie śniadanie, skok na rower, dojazd do Bazy a tam ...klapa. Wszyscy, na których pomoc w załadunku sprzętu mógłbym przy niedzieli liczyć - poza zasięgiem. Paweł z Magdą w Wenecji w podróży poślubnej, Roman (zawsze uczynny)  w pracy, Olek w alkoholowym rejsie. Z niesmakiem, że zakłócam mu niedzielny wypoczynek, spróbowałem uzyskać pomoc Andrzeja, swojego najlepszego towarzysza pontonowych wypraw. Kiedy na pytanie, czy mógłby mi pomóc, odpowiedział, że akurat rozwija biwak nad Piławą, o prawie sto kilometrów ode mnie, poddałem się. Rozładowałem z samochodu to, co załadować zdążyłem samodzielnie a Irenie przez telefon naplotłem, że przy niedzieli zrobimy tylko rozpoznawczy objazd z aparatem, a pływanie odłożymy na poniedziałek, gdy w myśl zapowiedzi meteo, będzie jeszcze cieplej i piękniej. I tak się też stało. Foto poniżej.

                            

Dwie pierwsze fotki, wybrane z kilku równie ładnych (ocena własna!:)), pochodzą z południowego krańca jeziora, z wygodnego, dużego parkingu przy trasie Czaplinek-Siemczyno. Ponieważ na mapach dostępnych w Internecie zaznaczono kilka bocznych dróg, odchodzących od tej trasy w kierunku jeziora, spróbowałem sprawdzić je wszystkie. Fotkę trzecią wybrałem z wykonanych na pierwszej drodze, w odległości około kilometra od oczyszczalni ścieków. Z tym kilometrem być może przesadzam, ale jazda po tamtejszych wertepach dłużyła się okropnie. Samochód terenowy radził sobie z nimi doskonale, ale prowadzenie tamtędy przyczepy z pontonami sensu raczej nie ma, tym bardziej, że nic nie wskazywało na istnienie na końcu drogi wygodnego miejsca postoju. Kilka ujęć wideo poniżej.

Sprawdzając dwie inne, równie wyboiste drogi szybko nabrałem przekonania, że najrozsądniej będzie nadłożyć drogi (zaledwie ok. 5 km) i wybrać miejsce, które z mapy na fotce pierwszej samo pcha się przed oczy - Ośrodek WAJK. Leży co prawda nad Zatoką Rękawicką (ktoś na planszy, inaczej niż na mapie nazwał ją Kwiatowską), ale daje możliwość rozpoznania obu zatok naraz, Rękawickiej i Henrykowskiej, nazywanej także Siemczyńską. Czwarta fotka pochodzi właśnie stamtąd. Piękne miejsce, ze stromym ale bezpiecznym dojazdem do wyłożonego betonowymi płytami slipu, w niewielkiej odległości hangar a dalej widoczny na fotce pomost, przy których ciągle przebywa ktoś, kto może dawać baczenie na pozostawiany na brzegu samochód i sprzęt. Z wyglądu miejsce idealne, ale rozpoznanie szczegółów wolałem odłożyć na później - trafiliśmy na weselne poprawiny, więc pętanie się obok gości weselnych a tym bardziej nagabywanie kogokolwiek, byłoby co najmniej niestosowne. Kiedy napotkana, uczynna i miła starsza pani (starsza, ale nie ode mnie!:)) powiedziała nam, że kierownik prawdopodobnie odsypia jeszcze wesele, dyskretnie opuściliśmy obiekt, ale z przekonaniem, że właśnie tu wrócić należy.

Droga dojazdowa od Piaseczna do Ośrodka do łatwych nie należy. W samym Piasecznie biegnie w niedużej odległości od dobrze widocznego i również pięknego jeziora Piasecznik Wielki. Widok na to jezioro jest szczególnie piękny z wysokiej skarpy, przed wjazdem do lasu. Na łagodnym stoku jakiś szczęściarz buduje duży dom - jeżeli dobrze wykorzysta teren,   piękna będzie cała posesja i jej otoczenie.

Wcześniejsze fotografie tego jeziora, wykonane od strony wsi, straciłem przy  wspomnianej na wstępie awarii komputera.

Powracając z Ośrodka WAJK ponownie przystanęliśmy na parkingu. Dwie fotki poniżej. Trzecia i czwarta to przykłady pechowych poczynań bobra na południowym brzegu jeziora Kocie - fotki z fajnej serii wykonanej w dniu 03.10.2004. Załączyłem je, bo w tym samym miejscu, wracając znad jeziora Drawsko, zatrzymaliśmy się na krótkie wędkowanie z brzegu. Widoczne na fotkach, pechowo podcięte drzewa usunięto, brzeg wyglądał jakoś inaczej, bardziej szaro i smutno, żadna ryba nie zaatakowała mojej blachy, szans na wykonanie nowych, ciekawszych fotek nie było.

                            

Po obejściu w woderach znacznej części południowego brzegu jeziora Kocie, po wymianie informacji z wędkarzami, którzy opływając je łodzią również nie mieli żadnego brania, po zwinięciu sprzętu, ruszyliśmy w kierunku Silnowa i domu. Daleko nie ujechaliśmy - spokojne i gładkie niemal jak lustro jezioro Pile wyglądało tak pięknie, że przed sięgnięciem po aparat nie mogłem się powstrzymać. Irena na takie postoje zaczęła sarkać, więc stałem krótko i nie zatrzymałem się później, gdy tuż za Buślarami na tle bezchmurnego nieba, ponad zachodzącym słońcem pięknie i długo (bo bardzo daleko) prezentowała się rakieta z charakterystycznym, krótkim ogonem. Mimo, że mina również zaciekawionej Ireny wcale nie była groźna, bąknąłem coś o zbyt dużym ruchu i potulnie pojechałem dalej. Teraz bardzo żałuję i długo żałować będę, bo taki widok na polskim niebie to nie tylko sensacja. Wciąż, ale - niestety - wyłącznie we własnej wyobraźni widzę, jak pięknie na tle głębokiego błękitu wygląda podświetlona zachodzącym słońcem rakieta i jej "pióropusz", wykadrowany w punktach złotego podziału fotografii! Szkoda!

Jezioro Pile u schyłku dnia 23.09.2007
24.09.2007. Poniedziałek

Prognoza meteo nie sprawdziła się. Dzień wstał słoneczny, ale wietrzny. Czyli, nawet przy zupełnie bezchmurnym niebie, warunki do pływania pontonem gorsze od niedzielnych. Po tylu przygotowaniach rezygnacja nie wchodziła w rachubę, więc, po telefonicznym uzyskaniu zgody na skorzystanie ze slipu, po zamontowaniu z pomocą Andrzeja pontonu i spakowaniu reszty wyposażenia, wyruszyliśmy do Ośrodka WAJK licząc na to, że w obu zatokach, otoczonych wysokimi, zalesionymi brzegami, wiatr dokuczać zbyt mocno nie będzie. Pamiętając (ale bez ważnych szczegółów), że przed kilku laty dojechałem do Piaseczna krótszą drogą przez Toporzyk, Rzepowo i Stare Worowo po zachodniej stronie jeziora, wybrałem ją. Oby nigdy więcej! Ogromne wertepy, fragmenty drogi polnej, mocno powybrzuszane kocie łby. Samochód radził sobie jak zwykle dobrze, ale przyczepa z pontonem tańczyła bardzo niebezpiecznie i tak "dostała w kość", że w tydzień później, gdy jechaliśmy do Szczecinka po materiały hutnicze, zerwała się z haka i wylądowała w rowie. O tym, co mogłoby się zdarzyć, gdyby trafiła w jakiś nadjeżdżający samochód, w odruchu samoobronnym wolę nie myśleć.                                        

W Zatoce Rękawickiej zastaliśmy gładką taflę, spokój i kilka zaledwie osób przy hangarze ze sprzętem pływającym. Jedynym natrętem okazał się tylko młody, szary łabędź. Długo podpływał do nas na odległość ręki i niezbyt przyjemnym syczeniem domagał się dokarmiania. Nie mieliśmy nic do podziału, więc przed wyjściem z zatoki zrezygnował i powrócił do pomostów.

Rozpoznanie Zatoki rozpoczęliśmy od dopłynięcia do jej zachodniego brzegu, po to, by sprawdzić budzącą wątpliwość informację internetową. Autor opisu Zatoki twierdzi, że do tego brzegu dochodzą zabudowania wsi Piaseczno. Dochodzą, ale do zachodniego brzegu jeziora Piasecznik Wielki.

W ocenie wzrokowej (przyzwoitej sondy jeszcze nie dorobiłem się) zatoka ma kilka atrakcyjnych wędkarsko wypłyceń z ostrymi spadkami. Po kilku próbnych rzutach złowiłem 30-centymetrowego okonia i popłynęliśmy dalej, wzdłuż pięknie wykolorowanych jesiennymi barwami wysoko wypiętrzonych brzegów.                                                                                  W niewielkiej odległości od wyjścia z zatoki zaciekawiła nas widoczna z daleka, rozciągnięta na powierzchni wody prawie na całą szerokość zatoki, ogromna plama czerwieni. Okazało się po dopłynięciu, że to warstwa zniesionych przez wiatr bukowych liści zwarta na tyle, że zasysane przez śrubę napędową oblepiały ją i utrudniały pracę silnika. Na takie i podobne sytuacje, zawsze mamy w pontonie wiosła, ale użyć ich tym razem nie musieliśmy. Drobne utrudnienie urozmaiciło pływanie, a po naszym przepłynięciu w plamie pozostał pięknie prezentujący się w słońcu pas czystej wody.                                              Po wyjściu na otwarta wodę pogubiłem się. Wypływając spoza cypla w rozległą, odchodzącą w prawo zatokę, w okalającej ją, zwartej (z daleka) ścianie lasu nie zauważyłem żadnego przesmyku, który mógłby sugerować Zatokę Henrykowską. Po lewej, na bardzo odległym brzegu dostrzegłem zabudowania - jakie, nie wiem do chwili obecnej. Nie wiem, czy było to Stare Drawsko, czy DW Zodiak i Kusy Dwór (stawiam na DW). No to popłynąłem prosto, po cięciwie, na kraniec następnego cypla. Tam, do dalszego płynięcia na południe zniechęcił nas wiatr. Dmuchał na tyle mocno, że na niektórych falach pojawiały się białe grzywy. I dobrze się stało. Przy bezwietrznej pogodzie prawdopodobnie dopłynąłbym do znacznie oddalonej Zatoki Chmielewskiej.                                                                                                                                                                   Po krótkim wypłynięciu spoza trzcinowej wysepki, gdy na otwartej przestrzeni fale zaczęły przyjemnie bujać, a wiatr zaczął wdmuchiwać je do pontonu, wykonałem nawrót. Przeziębień, z jakimi przyjechaliśmy nad wodę, woleliśmy na taki wiatr nie wystawiać bo i tak stan, w jakim płynęliśmy, wymusił na mnie późniejszą dużą stratę czasu na wycinanie bardzo wielu nieprzyjemnie brzmiących pociągań nosem, zarejestrowanych przez kamerę w czasie, gdy obie ręce zajęte miałem wędką.

Wracając wzdłuż brzegu zatoki stwierdziliśmy, że to, co podczas płynięcia po cięciwie wydawało się jednolitą ścianą lasu, wcale jednolite nie jest. Najpierw wpłynęliśmy do niewielkiej, cichej, wręcz lustrzanej zatoczki z mnóstwem dzikich ale niepłochliwych kaczek i kilku potężnymi, zwalonymi do wody drzewami. Cisza, słońce, piękne kolory - sielanka. Ogromna zachęta do tego, by wygodnie rozłożyć się w pontonie i długą chwilę po prostu poleniuchować. Tak, jak Irena.  Niestety, dla mnie za wcześnie, takim przyjemnościom poddaję się dopiero po zakończeniu rozpoznania akwenu. Czyli ciąg dalszy oczywisty - po złowieniu przy zwalonym drzewie kolejnego pięknego okonia popłynęliśmy dalej, do zatoki kolejnej. Ta, uciekając w miarę wpływania łagodnym łukiem w lewo, nagle, niespodziewanie odsłoniła rozległy widok na dużą taflę wody mocno nie tyle sfalowanej, co pomarszczonej. Widok na Zatokę Henrykowską. Nareszcie, ale za późno na jej zwiedzanie, więc zawróciliśmy zadowoleni, że przynajmniej wiemy jak do niej płynąć przy najbliższej okazji. Przybliżony schemat pokonanej trasy, w klipie poniżej.

Po lądowaniu w Ośrodku, pozostały do wykonania czynności najmniej przyjemne. Jak zwykle czyszczenie ryb (a okonie nie poddają się łatwo!) i pakowanie sprzętu. Kąpieli w jeziorze o tej porze dnia i roku wolałem nie ryzykować, chociaż zdarzało  mi się to i w drugiej połowie października, ale prawie ćwierć wieku temu.

Gdy zakończyliśmy przygotowania do odjazdu, zapadł zmierzch. Wciąż nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że - jak na trzecią dekadę września - zapadł bardzo wcześnie. Do Karlina dojechaliśmy praktycznie w nocy i nic w tym dziwnego. W lato bywało, że z jezior czaplineckich wracaliśmy nawet po północy a raz zdarzyła się i druga na ranem, gdy jakiś cymbał na ponad czterdzieści minut zamknął przejazd kolejowy w Silnowie.

Jazda powrotna, mimo, że po "normalnej", niezłej drodze Czaplinek-Połczyn-Białogard, nieźle dała mi się we znaki. Po sporej dawce jeziornego wiatru tak ostro uaktywnił się mój katar a reflektory samochodów jadących z przeciwka  tak dopełniły reszty, że zły płynęły mi z oczu prawie ciurkiem i spadały na flanelową koszulę tak obficie, że w Karlinie można ją było wykręcać.

No, no. W opisie powyżej, z rozpędu chyba trochę przesadziłem. Ale proszę mi wierzyć - szybka jazda z przyczepą po zakrętach Szwajcarii Połczyńskiej, w dużym nocnym ruchu, gdy w nosie coś bardzo uparcie łaskocze i swędzi a kierowcy skracają światła dopiero po wyjściu z zakrętu, potrafi wycisnąć łzy bardzo skutecznie. Wycierać ich nie sposób, gdy samochód, nazywany przez uciążliwego sąsiada z góry czołgiem, szybko pokonać musi  sto kilkadziesiąt kolejnych drogowych wygibasów.

Swój pierwszy w życiu przejazd tą trasą, w lutym 1972, dobrze pamiętam do dziś. Kierowca Wołgi bardzo gdzieś się spieszył, opony jęczały na łukach a mój żołądek prawie trzysta razy przeskoczył pętlę lewe ramię-pośladki-prawe ramię-pośladki-lewe ramię itd... na wejściu i wyjściu z każdego zakrętu. Chęć zwymiotowania na wypucowane i wypachnione siedzenia udało mi się powstrzymać. Ale z wielkim trudem.

Dość dygresji. Podsumowanie. Prezentowany fragment jeziora Drawsko uważam za najpiękniejszy spośród poznanych wcześniej (a to już ostatni!) i mam nadzieję, że nie jest to tylko zasługa pięknej pogody i barw jesieni. Fragment widokowo i wędkarsko atrakcyjny na tyle, że jego dokładniejszemu rozpoznaniu poświęcić zamierzam co najmniej cały przyszłoroczny sezon. Oczywiście, gdy dopisze mi zdrowie i zachowam formę, a tego serdecznie życzę i sobie, i wszystkim fanom turystyki wodnej (pontonowej w szczególności :)).

PS. Po kilku próbach ustalenia prawidłowej nazwy zatoki, jestem kompletnie skołowany. Z planszy zamontowanej na parkingu przy południowym brzegu  jeziora wynika, że prezentuję Zatokę Kwiatowską. Jedni autorzy opisów internetowych nazywają ją również  Kwiatkowską, inni Rękawicką. Kierownik Ośrodka WAJK, zastrzegając, że kieruje Ośrodkiem krótko, twierdzi, że z jego wielkich i szczegółowych map wynika Rękawicka. Przy najbliższej okazji sprawdzę na mapach wojskowych i gminnych.

Strona główna

Oferta Materiały Kontakt