0003. Parsęta od Stacji Badawczej w Storkowie do         Elektrowni Rościno.  
     
                             
                                   Foto - Galeria  miniatur                                               Wideo - Fragmenty w miniaturze  
     
     
 

Autorzy większości stron poświęconych Parsęcie - przynajmniej tych, które zdążyłem poznać przed spisaniem niniejszego komentarza - wprowadzili do Internetu ogromnie dużo interesujących opisów. Czytałem je z przyjemnością, porównywałem z przeżyciami i wrażeniami własnymi, z własnym odbiorem Parsęty, a teraz  ...teraz nie mogę się powstrzymać, aby nie dorzucić swoich trzech groszy. Obawiam się tyko, że jak już zacznę, to na tych trzech wcale się nie skończy.

 
     

Górny odcinek Parsęty przez wiele lat pobudzał moją wyobraźnię. Zwykle podczas wędrówek brzegami dolnego jej biegu, szczególnie wtedy, gdy na miejscu, w którym akurat zamierzałem złowić "swoją" rybę, zastawałem obcych wędkarzy, wyobrażałem sobie, że tam, u góry, nie zastanę nikogo, zatrzymam się gdzie zechcę i "swoją" rybę, bez pośpiechu, spokojnie złowię. Nie będzie to - co prawda - dziesięciokilowy łosoś, ale pełnowymiarowy, pięknie wybarwiony pstrąg na pewno.

Czas na sprawdzenie tych wyobrażeń wygospodarowałem dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych, po wcześniejszym sprawdzeniu wielu innych potoków, rzek i jezior, nad którymi lub obok których w tamtym okresie przejeżdżałem samochodem, pokonując latem około siedmiu tysięcy kilometrów miesięcznie. Wędkarski strój i sprzęt miałem pod ręką  zawsze, a przerwy na spacer ze spinningiem lub krótka kąpiel w upalny dzień zawsze orzeźwiały mnie na tyle, że bezpiecznie jechać mogłem dalej.

Właśnie na jeden z takich powrotów wybrałem trasę Szczecinek-Parsęcko-Radomyśl-Parsęta. Na pierwszy postój wybrałem pobocze w pobliżu samotnych zabudowań po lewej, poniżej Radomyśla. Akurat tam, w prawo od asfaltu,   w dół, odbiega pierwsza (?) polna droga z mostkiem na rzece.

Gdy przestrojony w wędkarski strój, uzbrojony w lekki spinning z przyciemnionym Meppsem2 dotarłem do mostka, trochę mnie przytkało. Płytka, brązowa woda, dość ponura mimo słonecznego dnia sceneria i  grząskie brzegi, do wędkowania nie zachęcały. Schodzić nad wodę, czy jechać dalej?

Moje wahania przerwało coś, co stosowniej byłoby przedstawić przy użyciu pędzla i farb. Pospolity za mostkiem obraz zaczął nabierać życia. Spoza wzgórza wyłaniać zaczęły się krowy - szły spokojnie, powoli wkraczały w nieciekawe za mostkiem tło. Za czwórką dorosłych człapał duży kundel, za nim wciąż niespokojnie podążała trójka krowiej młodzieży, wśród niej uwijał się długowłosy kundelek, nieco mniejszy od dorosłego kota. Grupę, w niewielkim oddaleniu, zamykała młoda, mocno zbudowana szesnastolatka (?) w jasnej sukieneczce. Szła pewnie i lekko, zamyślona i obojętna, jakby to, co działo się przed nią, biegło naturalnym, od dawna utartym trybem, bez potrzeby jakiejkolwiek interwencji z jej strony.

Dorosłe krowy ze starym psem przeszły przez dziurawy, sfatygowany mostek spokojnie. Młodzież, której konieczność dojenia była jeszcze najzupełniej obca, na powrót do obory wyraźnie nie miała ochoty - rozbiegła się przed mostkiem, każde w innym kierunku. Ale nad tym czuwał długowłosy malec. Błyskawicznie, z uporem najprawdziwszego psa pasterskiego obiegał wyrośniętego cielaka od ogona i ostro rozszczekany, doskakiwał mu do pięt tak długo, aż niesforne zwierzę przybrało pożądany przez psa kierunek. Dał niezły popis. Trwało to dobrą chwilę, a kiedy wszystkie przepędził przez mostek, podbiegł do mnie, obwąchał moje buty i przez chwilę, bez merdania ogonem, uważnie popatrzył mi w oczy. Nie słyszałem, ale wręcz czułem, jak swoim spojrzeniem mówi: - Hej, Ty! Wszedłeś na mój teren bez zaproszenia, więc uważaj.  Żadnych numerów, bo poradzę sobie z Tobą tak, jak radzę sobie z krowami!

Powiedział to wzrokiem i pobiegł dalej, bo krowia młodzież, korzystając z chwili spokoju, próbowała za mostkiem ponownie umknąć mu z drogi.

Sceny niby banalne, ale właśnie wtedy i właśnie w tamtym otoczeniu stanowiły tak harmonijną całość, tak doskonale, naturalnie pasowały do tła, że oglądanie ich sprawiło mi naprawdę dużą przyjemność.

Z dziewczyną, po jej grzecznym dzień dobry, chwilę rozmawiałem. Zdążyła powiedzieć, że w gospodarstwie, przy którym pozostawiłem samochód, przebywa zawsze w czasie przerw w nauce, ale wędkarzy w jego pobliżu nigdy wcześniej nie widywała. A brązowa woda? - taką pamięta od zawsze.

Takie informacje do wędkowania nie zachęcały, ale - skoro stałem już w pełnym rynsztunku nad wodą, powędrowałem w dół rzeczki w chwilę po tym, jak idąca za krowami dziewczyna znikła za zakrętem drogi. Dopiero wtedy, bo zanim znikła, musiała iść pod górę, wprost na słońce, które niedyskretnie, a raczej bezwstydnie, prześwietlało jej lekką sukienkę stwarzając obrazy ...niepowtarzalne :).

Sprawdzając błystką każdy dołek i wykrot przewędrowałem brzegiem około pół kilometra. Po złowieniu i wypuszczeniu pierwszego, siedemnastocentymetrowego pstrążka, nabrałem przekonania, że warto próbować dalej bo przecież - przynajmniej teoretycznie - jeśli w rzece są ryby małe, to w pobliżu powinni być albo rodzice albo co najmniej starsze rodzeństwo (jak u ludzi np. na ulicy).

Teoria nie sprawdziła się. Pewnie dlatego, że opiekunowie, też jak u ludzi, siedzą sobie dalej w zacisznym miejscu i plotkują, jednym okiem zerkając na to, co na płyciźnie lub placu zabaw wyczyniają maluchy.

Kiedy na kolejnych dołkach moją błystkę połknąć próbowały trzy następne, pięknie wybarwione, mocno wyprofilowane pstrążki, z których żaden nie był większy od pierwszego, dałem im spokój. Odpinanie ich z kotwiczki bolało nawet mnie a takie chwile wciąż odnawiają moją niechęć do wędkarzy - "szlachetnych sportowców", łowiących ryby tylko po to, by je zważyć, sfotografować i wypuścić. Kiedykolwiek czytam lub oglądam takie sytuacje, zawsze nabieram nieprzepartej chęci aby kiedyś usłyszeć to, co taki "sportowiec" miałby do powiedzenia, gdyby inteligentny stwór wodny wbił mu kotwicę pod brodę, wciągnął do wody, obmierzył, zważył, strzelił sobie z nim podwodną fotkę, wypiął kotwicę, cmoknął w czoło i baaaaardzo delikatne wyniósł w powietrze, na brzeg :).

Po dziesięciu latach odwiedziłem te miejsca z kamerą. W pierwszy, bezlistny jeszcze dzień wiosny, wzrok sięgał znacznie dalej niż latem, ale żadnych poważniejszych zmian nie dostrzegłem. Na dziurawym uprzednio mostku ułożono nowe okrąglaki, woda nadal płynie brązowa. A pstrągi, które wypuściłem? Gdyby pozostały w swoich kryjówkach tak długo, byłyby to już całkiem pokaźne sztuki. Prawdopodobnie dorastając schodziłyby niżej, na głębszą wodę, ale i tak wybór miały niewielki. Niżej rzekę przegradza potężna zastawa przy Stacji Badawczej UAM w Poznaniu. A trudno być optymistą, szczególnie po obejrzeniu prezentowanej niegdyś w Internecie reklamy "elektrycznej wędki", w której facet uzbrojony w akumulator, przetwornicę i podbierak poraża prądem, wybiera i sypie do wora całe mnóstwo pstrągów różnej wielkości. Patrząc na to, ma się wielką ochotę podłączyć kilka razy takiego skurwiela do linii 220, albo parę razy, z półgodzinnymi przerwami, poczęstować paralizatorem.

Po letnim, wstępnym rozpoznaniu okolicy "krowiego mostka", jeszcze w tym samym dniu, sprawdziłem okolice Stacji Badawczej w Storkowie. To Stacja Bazowa Geoekologiczna Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Po ustawieniu samochodu na poboczu, za tablicą Wierzchowo-Grzmiąca, pomaszerowałem obejrzeć zastawy i rzekę poniżej. Zaskoczyła mnie duża wysokość zapory i rozległa, a raczej długa, piaszczysta płycizna poniżej. Woda na płyciźnie co najwyżej do kostek, w zaporze brak przepławki dla ryb.

Po upływie dziesięciu lat próbowałem utrwalić stan bieżący na taśmie - nie udało się, stchórzyłem. Przy drodze, którą uprzednio doszedłem do zapory, zastałem dwie tablice: - "Agroturystyka" + nr telefonu, i drugą "Uwaga Zły Pies". Pod wymalowanym na tablicy numerem nikt się nie zgłosił, więc zrezygnowałem. Wolałem nie prowokować sytuacji podobnej do zdarzenia znad Brdy. Gdy wiele lat temu poniżej Tucholi, w okolicy miejscowości Świt, w przyzwoitej, prawie 50-metrowej odległości obchodziłem samotne gospodarstwo, z jego opłotków wypadły trzy rozszczekane psy, dwa kundle małe i jeden wielki jak cielak. Ustawiłem się do nich bokiem i znieruchomiałem, bo uczono mnie kiedyś, że nieruchomego człowieka pies nie ugryzie. Bzdura, albo ten pies nie był normalny i w dodatku charakter miał podły. Gdyby charakter miał wojownika, to przy swoim "wzroście" i wadze bez trudu przegryzłby mi szyję. Ale charakter okazał podły, pewnie taki, jak charakter właściciela. W pełnym biegu chapnął mnie za udo, tuż poniżej krawędzi wędkarskiego buta biodrowego, odskoczył i patrzył tępo, jak obszczekują mnie kundle małe.

Kątem oka widziałem, że cała scenę obserwuje z daleka stojąca na podwórzu kobieta. (O nie! Lepiej pasuje - jakaś wredna baba.) Co w strachu i bólu do niej wywrzeszczałem, nie pamiętam, ale było to coś o zastrzeleniu i wcale nie zdziwiłbym się, gdyby naprawdę zabrzmiało to tak: - Na co pani czeka?!! Mam te psy zastrzelić???!

Nie wiem, czy domyśliła się, że z wędką to strzelać sobie mogę co najwyżej okiem, np. za jej córką, ale psy odwołała. W bucie, przy górnej krawędzi pozostało niewielkie nacięcie, a na lewym udzie niewielkie zadrapanie i ogromne, bolesne siniaki, które przybierały tęczowe kolory prawie przez dwa tygodnie.

Powracam do wątku podstawowego. Po stwierdzeniu, że poniżej zastawy szukanie ryby w jej pobliżu sensu nie ma, spróbowałem powyżej mostu drogowego. Znalazłem lukę w zaroślach, posłałem do wody błystkę. Ledwie dotknęła powierzchni, nastąpił atak. Kołowrotek zagrał najmilszą dla wędkarza melodię, ale bardzo krótką, bo niemalże w tej samej chwili nad wodę wystrzelił prawie czterdziestocentymetrowy potokowiec. Przez chwilę trząsł w powietrzu całym swoim ciałem, błystki nie zrzucił, spadł z nią do wody i powoli zaczął zbliżać się jednocześnie i do mnie, i do brzegu. Łosoś w takich sytuacjach zwykle od brzegu ucieka, pstrąg się zbliżył, wprowadził żyłkę pod wiszące nad wodą gałęzie i bez większego oporu dał się prowadzić do chwili, gdy zauważył przed sobą właściwą. Ponownie wystrzelił nad wodę, tym razem do przodu, przeskoczył nad gałązką jak nad poprzeczką, przewinął przez nią żyłkę i po sprawie. Ryba została w wodzie a błystka na gałęzi. Ależ mądrala! Ale trudno się dziwić, skoro przez wiele lat mieszkał przy uniwersyteckiej stacji naukowej...

Po oddaniu rybie zasłużonych honorów obiecałem jej, i to pewnie nie tylko w myślach, że jeszcze po nią wrócę. Obietnicy dotrzymałem, ale tej ryby nie zobaczyłem już nigdy. Przy drugim podejściu wodę zastałem stojącą, szeroko rozlaną. Akurat ktoś coś kombinował na zastawie. W kolejnym podejściu, po dziesięciu latach, miałem już tylko aparat fotograficzny i kamerę.
 

Prezentowany w klipie wideo fragment Parsęty w obrębie mostu drogowego na trasie Barwice – Grzmiąca (droga nr 171) odwiedzałem kilkakrotnie, ale nigdy, z różnych powodów, nie sprawdziłem go wędką. A szkoda. Tam pstrągi po prostu czuję przez skórę, obawiam się jednak, że jest to niewymiarowa drobnica, może nieco większa niż przy krowim mostku, ale podobna do tej, która raz po raz atakowała moją błystkę powyżej hodowli w Żarnowie, gdzie teren jest trochę podobny, ale woda płytka.

 

Teren wokół hodowli sprawdziłem dokładniej. Kilkakrotnie. Przed hodowlą wyniki mizerne – im dalej od niej w górę rzeki, tym płycej i tylko niewymiarowa drobnica. Ale nawet tam trafiałem na puste słoiki z dziurkowanymi pokrywkami. Dowody na to, że i tam krąży ktoś, kto większe sztuki wyławia metodą na robala.

Znacznie ciekawiej jest poniżej hodowli. W odległości około jednego kilometra od niej, biegnąca skrajem lasu droga rozdziela się. Sprawdziłem odnogę lewą, przecinającą rzekę w miejscu, z którego zabudowania hodowli są jeszcze widoczne. Przez dziurawy most Passatem wolałem nie przejeżdżać, aby nie powtórzyć sytuacji z lat siedemdziesiątych, spoza Bolkowa. Wówczas, pod kołami mojego Malucha rozjechały się luźno ułożone na mostku poprzeczne okrąglaki. Maluch osiadł na nich podwoziem i nieźle musiałem się namęczyć, aby z pomocą żony wydostać się z pułapki. W Żarnowie byłem sam, a Passat to przecież nie Maluch.

Teren w obrębie mostka spodobał mi się tak bardzo, że na jego bliższe rozpoznanie (i tylko jego) zaplanowałem ekstra wypad. Oczywiście kosztem czasu, który spędzić mógłbym nad  brzegami dolnej Parsęty, bez pokonywania 80-kilometrowej trasy.

Konkretnej daty nie pamiętam, ale kilka szczegółów wskazuje, że była to połowa maja.

Wyjechałem późnym popołudniem, z mnóstwem wyposażenia i planem spędzenia nocy nad rzeką. Na biwak wybrałem placyk przed mostkiem, mocno przeorany przez dziki, zaledwie kilka metrów od brzegu rzeki. Natychmiast po pierwszym rzucie błystki miałem pierwszego pstrąga. Niewiele później jeszcze dwa, wszystkie ponadwymiarowe, w doskonałej kondycji. Przed zachodem słońca zdążyłem je przygotować do smażenia i dopiero wtedy okazało się, że mam wszystko, co było do tego potrzebne, za wyjątkiem soli. Machnąłem na ów brak ręką, tyle, że bez entuzjazmu. Sól dodaje smaku, to fakt, ale podobno szkodzi :).

Aby niesolone pstrągi smakowały lepiej, odłożyłem smażenie na koniec wszystkich czynności przed snem. Ustawiłem do gotowania pełen czajnik wody (mineralnej, z 5-litrowego pojemnika :)), rozłożyłem siedzenia w Passacie (kombi), z wyposażenia uzyskanego w latach siedemdziesiątych w Solinie za zwycięstwo w dyscyplinie rzutowej ogólnopolskich mistrzostw pracowników przedsiębiorstw technicznej obsługi rolnictwa rozłożyłem w nim wygodne legowisko i dopiero wtedy, już przy gorącej herbacie, powróciłem do smażenia. Co za wspaniałe chwile! Po słonecznym, bezchmurnym dniu bezwietrzna rozgwieżdżona noc, odrobina światła z płomienia gazowego i ogromna cisza, w którą dyskretnie wkradały się odgłosy nieopodal płynącej rzeki, cichutki syk gazu i zachęcające skwierczenie rozgrzanego oleju. No i ten zapach smażonych pstrągów!

Bardziej romantycznie byłoby przy płonącym ognisku, ale nie rozpalam go nigdy, gdy noc w terenie spędzam sam. Staram się zawsze ograniczać używanie i światła i ruchu. Gdy w ciemności zastygam, wyostrzają się zmysły. Wtedy słyszę a czasem  nawet i widzę np. maleńkie gryzonie próbujące myszkować w moim plecaku a szansy na to, by - mimo pełnej, nawet bardzo ciemnej nocy - ktokolwiek lub cokolwiek zbliżyło się do mnie niepostrzeżenie, po prostu nie ma.

Za Żarnowem długo bez ruchu nie można było usiedzieć. Po gorącej herbacie i pstrągowej kolacji umknąłem do śpiwora, bo ciepła odzież, którą przezornie zabrałem z domu, szybko przestała wystarczać. Temperatura w nocy spadła tak mocno, że w śpiworze podzwaniałem zębami nawet wtedy, gdy kolejno wciągnąłem do śpiwora i ubrałem wszystkie, nawet zapasowe części garderoby.

Po takiej nocy nawet świt nie sprawił przyjemności. Szybka, gorąca herbata i resztki ostatniego pstrąga trochę pomogły, ale ryby pokazały mi środkowy palec. Przewędrowałem co najmniej kilometr bez brania, a im dalej odchodziłem od mostka, tym trudniej było wyszukać w zwartych zaroślach miejsce do wyrzutu błystki. Tam, pod gałęzie, ale również nie wszędzie, dałoby się wprowadzić co najwyżej woblerka. Niestety, woblerów nie zabrałem z domu, ale obiecałem sobie, że sprawdzę to przy kolejnej okazji, kiedy ulegnę pokusie aby sprawdzić niższy odcinek rzeki, w obrębie ujścia dopływu prowadzącego wody z licznych, na mapach nie nazwanych, leśnych strumieni rejonu Grzmiącej. Wierzę, że tamten odcinek jest bardziej atrakcyjny. Podobno drogą prowadzącą od hodowli dojechać można do zniszczonego mostu, do którego dojechać można również od strony Krosina i Zwartowa. Wniosek nasuwa się sam. Konieczne są dwa wyjazdy.

Skoro wędkowanie o świcie, po którym spodziewałem się tak wiele, zakończyło się niczym, około ósmej zwinąłem "obozowisko". Kiedy mijałem zabudowania hodowli, coś podkusiło mnie, aby przez chwilę sprawdzić rzekę powyżej. W miejscu, w którym na fotkach widać sterczącą z brzegu rurę, po pierwszym rzucie błystkę zaatakował 37-centymetrowy potokowiec i była to jedyna ryba, z którą powróciłem do domu. Pozostał niedosyt i wielka ochota na kolejny przyjazd.

Sprawdzone uprzednio miejsca odwiedziłem po dziesięciu latach z kamerą. Plac przed mostkiem zryty jest jeszcze bardziej i niedostępny, mostek elegancko odnowiony, za nim na drodze ślady samochodu terenowego a po prawej, w oddali myśliwska ambona. No i przede wszystkim nad wodą mocno wydeptana ścieżka a przy niej porzucone słoiki z dziurkami w pokrywkach.

 

Kolejny, zarejestrowany na moich taśmach fragment Parsęty, to okolice mostu w Krosinie. Wygląd rzeki i brak wydeptanych ścieżek mocno pobudzają wyobraźnię. Tam muszą być ryby, ale teren jest trudny, brzegi zarośnięte, na wolnych przestrzeniach dwumetrowe pokrzywy - pokusa dla wędkarzy o bardzo dobrej kondycji. Chciałbym to kiedyś sprawdzić, ale pewnie nie zdążę, bo moja "dobra kondycja" to pojęcie z czasów raczej odległych :).

Przed mostem (od strony Połczyna), po prawej, pięknie prezentuje się leśniczówka. Uważam ją za najładniejszy fragment Krosina.

 

Parsętę w okolicach wsi Doble, ktoś bardzo ładnie opisał w Internecie opowiadając, jak wspaniałe łososie i pstrągi można tam złowić. Pojechałem i tam, jakżeby inaczej!

Aby ograniczyć zbędne przy wędkowaniu kontakty z tubylcami, zaparkowałem po prawej, za mostem. Błąd. Dostęp do rzeki okazał się bardzo trudny. Wodery na dojściach grzęzły w bagnie tak, ze trudno je było z niego wyciągać a twardy brzeg okazał się tak zarośnięty, że wyszukanie miejsca do zarzucenia błystki zajmowało więcej czasu niż samo prowokowanie nią ryby. Przyznaję, że każde z takich miejsc sprawiało wrażenie kryjówki potężnej, internetowej ryby, ale czym innym jest wrażenie, a czym innym rzeczywistość.

W pierwszym z takich miejsc, z dołka za piaszczystą łachą, zaatakował niewymiarowy szczupak. Jakiś cudaczny albinos. Bardzo cienki, jasny, jakby wyblakły i niemal przezroczysty. Przypisałem ów wygląd łasze jasnego piasku, wypuściłem wymoczka, a nadzieje na złowienie normalnej ryby wzrosły.

Po zmianie brzegu (ten od strony wsi jest łatwo dostępny) przewędrowałem w dół rzeki prawie dwa kilometry, do wchodzącego w nurt ogrodzenia, za którym pasły się wielkie byki. Straciłem po drodze kilka blach, ale tak zwykle bywa podczas wędkowania na rzece wcześniej nie rozpoznanej. Rzeka wygląda na rybną, prezentuje się pięknie, ale poza szczupakowym wymoczkiem innych ryb w niej nie "spotkałem" :(.

Z przechodzenia obok byków zrezygnowałem. Gapiły się tak, jakby miały wielką ochotę poganiać mnie po łące. Z takich atrakcji wolałem nie korzystać. Wróciłem do samochodu bez ryby, bez kilku blach, ale z przekonaniem, że brak ryby to wyłącznie wynik źle dobranej pory.

W przekonanie takie zwątpiłem, gdy w drodze powrotnej, w ciemno, wg mapy podjechałem do Kolonii Motarzyn, pod ostatnie, samotne gospodarstwo nad rzeką. Przy samochodzie otoczyły mnie rozszczekane kundle, pewnie z pięć, ale wszystkie przyzwoite. Przestrzegały niepisanych zasad - dopóki stałem bez ruchu, nie atakowały. Sterczałem tak długą chwilę. Kilka osób wyległo na podwórze, ktoś odwołał psy. Do mnie, z jazgotliwym malcem dołączył sam gospodarz, aktualny właściciel gospodarstwa. Niewysoki ale bardzo gadatliwy facet. Cały czas towarzyszył mi nad wodą, obserwował moje rzuty i wciąż nawijał, a jego pies przez cały czas szczekał. Przy takim hałasie nie zaatakowałby nawet bardzo wygłodzony rekin! Słuchałem obu bardzo niechętnie ale cierpliwie. Dowiedziałem się, że gospodarz mieszka nad rzeką od bardzo dawna, że kiedyś było w niej dużo ryb, ale stopniowo i dokładnie wyginęły, gdy w Doblu działać  i zatruwać rzekę zaczęła hodowla (???), że wędkarze pojawiają się coraz rzadziej i wracają bez ryb, że nad rzeką w pobliżu jego zabudowań coraz częściej biwakują kajakarze, że jego domostwo nawiedzili przedstawiciele Gminy Białogard i namawiali do podpisania zgody na utworzenie zbiornika przeciwpowodziowego w Osówku. Nie komentuję, bo z komentarza powstałby nowy tasiemiec!

Z gospodarzem, zadowolonym, że trafił na cierpliwego słuchacza, pożegnaliśmy się jak starzy znajomi, ale wracać tam nie zamierzam.

Odcinek Parsęty od mostu na trasie Tychowo - Połczyn (droga nr 167) w dół uważam za bardzo atrakcyjny. Odwiedzałem go wielokrotnie, zwykle z dobrymi wynikami. Widywałem tam obce ślady, ale konkurenta nie spotkałem nigdy.

Brzeg od strony Tychowa sprawdziłem tylko raz. Dla mnie za trudny. Chaszcze przerośnięte i powiązane pnączami tworzą zwarte ściany, które trzeba obchodzić mocno nadkładając drogi, albo przedzierać się przez nie z trudem, najlepiej z maczetą. Napracowałem się, ale warto było chociażby po to, aby zobaczyć, co na leniwym dole, na prawie 90-stopniowym zakręcie próbował wykombinować ponad 60-centymetrowy potokowiec.

Zwykle w takim miejscu lubi stać duża ryba. Aby taką sprowokować, zastosowałem dużą, łososiową obrotówkę z miedzianym skrzydełkiem. W wodzie skrzydełko przewinęło się, zablokowało na strzemiączku, a błystka zamiast przyzwoicie wirować, zbliżała się do brzegu ociężałymi majtnięciami. Chcąc powtórzyć rzut, przyspieszyłem zwijanie. Gdy unosiłem błystkę nad wodę, w powietrze, tuż za nią, prawie spod moich nóg, wystrzelił pstrąg. Zaskoczył mnie tak, że bezmyślnie, odruchowo szarpnąłem wędką. Błystka umknęła mu sprzed nosa w ostatnim momencie - chlapnął do wody pewnie nie mniej zaskoczony niż ja. Ale zaprezentował się wspaniale.

Miejsce to czeszę dokładnie podczas każdego wędkowania - pstrąg nie pokazuje się. Sto metrów niżej jest drugie miejsce, które czeszę równie dokładnie i równie bezskutecznie. Tam lubi stać szczupak. Raz zaatakował niecelnie, przewinął się za blachą i znikł. Podczas kolejnego wędkowania, gdy łososiową karlinkę sprowadzałem szybko w dół z prądem, uciął mi blachę tak zgrabnie, że ledwie to cięcie odczułem.

Wędkując brzegiem połczyńskim, doszedłem do częściowo zatopionej, najeżonej gwoździami kładki. Ale tylko dwa razy, w dniach, w których ryby nie brały. Wracałem okrężną, dłuższą ale łatwiejszą trasą, obrzeżem lasu. Zwykle kończę wcześniej, po złowieniu dozwolonej ilości ryb i wracam brzegiem rzeki skracając po cięciwie głębokie łuki. Bywały dni, że wracałem po krótkim wędkowaniu, bo ów limit w przypadku pstrągów, to zaledwie trzy sztuki.

Ujście Dębnicy i około 200-metrowy odcinek Parsęty poniżej niego, oglądałem tylko dwa razy, w tym raz bez wędki, w trakcie grzybobrania. Dębnica przy ujściu to już atrakcyjna rzeczka. Po pierwszym rzucie złowiłem pięknie wybarwionego, prawie 30-centymetrowego okonia, ale od innych wędkarzy wiem, że łowią tam również dorodne pstrągi i szczupaki.

Parsętę poniżej ujścia Dębnicy uznałem za trudną. Zastałem zakrzaczone brzegi, w nurcie wiele zwalonych drzew, brak wędkarskich śladów. W takich miejscach łatwo jest wyszukać rybę i sprowokować ją do ataku, ale też równie łatwo można stracić i ją i blachę. Po dołączeniu do złowionego w Dębnicy okonia, pstrąga i szczupaka z Parsęty, nie trafiłem tam nigdy więcej. Sprawę załatwili leśnicy wystawiając na drogach dojazdowych od strony Bolkowa i Łośnicy tablice z zakazem wjazdu :(.

 

Kolejny niższy, sprawdzony przeze mnie odcinek, to okolice samotnego gospodarstwa nad rzeką, pomiędzy Wicewem i Osówkiem. Dojeżdża się tam dobrą drogą polną obok samotnego, stojącego przy drodze kościółka. Zawsze dziwi mnie jego lokalizacja, daleka od siedzib wyznawców. Przypuszczam, że ma jakąś równie niecodzienną historię. Trochę żałuję, że nie popytałem o to mieszkańców gospodarstwa, a to, co udało mi się wyszukać w Internecie , nie we wszystkim pasuje do stanu w terenie więc do dziś nie wiem, jest to czy nie jest osada Sławomierz

Dla wędkarza, który uzyska zgodę mieszkańców, placyk przy gospodarstwie zapewnia bezpieczne parkowanie i dobry punkt wypadowy do pobliskiej rzeki. Przed dojściem do twardego brzegu pokonać trzeba małe rozlewiska - przy wyższych stanach wody konieczne są wodery.

Twarde brzegi są mocno zakrzaczone, ale luki w zaroślach są bardzo atrakcyjne. W jednej z nich, pięknie prześwietlonej słońcem, do mojej blachy leniwie zbliżył się szczupak co najmniej siedmiokilowy. Ale tylko się zbliżył, pięknie zaprezentował w czystej, prześwietlonej wodzie i zawrócił w cień, pod krzaki. Widok wstrzymał mi oddech na dobrą chwilę. Długo podrzucałem mu różne blachy - nie skusiła go żadna.

Sto metrów niżej wrednie zachował się jego dwukilowy kuzyn. W trakcie usuwania blachy z jego rozdziawionej, zębatej paszczy (stalowymi szczypcami chirurgicznymi) szarpnął się tak mocno, że jeden ze sterczących na zewnątrz pyska grotów głęboko wbił w mój palec. Wtedy zaczął szaleć, ja z bólu też. Udało mi się docisnąć drania kolanami do ziemi i unieruchomić, ale palec miałem już rozerwany do kości tak mocno, że grot wyszedł gładko, bez nacinania palca nożem.

Ale i na tym nie koniec. Kiedy w rewanżu przypiekłem go w domu na gorącym oleju, zemścił się raz jeszcze. Odłamek grubej ości wbił mi głęboko w przyzębie i chciał pewnie, abym je w dziąśle ukruszył. Nic z tego - udało mi się usunąć ość w całości.

Okolice Sławomierza to również miejsce, w którym w sierpniu 96 otrzymałem bardzo wyraźne ostrzeżenie z Góry, tej przez duże G. Potężny, osłabiający ból pod mostkiem, kroplisty pot, lęk i świadomość, że tu i teraz przydarzyć się może to, czego dwa lata wcześniej nie przeżył mój starszy o osiem lat śp. brat. W podobnie upalny sierpniowy dzień wrócił znad rzeki, poczuł się źle, położył się na kanapie, dziwnie westchnął i przestał oddychać....

Mnie ból dopadł w momencie, gdy szukałem nowego dostępu do rzeki. Akurat chwilę wcześniej pominąłem niski, wydeptany przez czworonogi tunel w zaroślach. Zawróciłem natychmiast, z całym, czepiającym się krzaków sprzętem dałem nura w ów tunel. Jak go przebrnąłem nie pamiętam. Wylądowałem na pięknie nasłonecznionej piaszczystej platforemce, z której nad wodę, równolegle do lustra i tuż nad nim wybiegał całkiem pokaźny konar. Błyskawicznie zrzuciłem odzież, uchwyciłem ów konar i na plecach ułożyłem się w szybkiej w tym miejscu i bardzo zimnej wodzie. Z wody wystawały tylko moje dłonie i część twarzy. Kiedy rozdygotałem się z zimna, a ból znacznie zelżał, bardzo ostrożnie wygramoliłem się z wody, przysiadłem na plecaku, długo wygrzałem w słońcu i bardzo powoli, ale coraz śmielej, oczyściłem wcześniej złowione ryby. Z trudem przebrnąłem na otwarty teren, tam odetchnąłem swobodniej ale do samochodu wracałem tak ostrożnie, jakbym starał się obejść bardzo niebezpiecznego drapieżnika.

Za szczęśliwe zakończenie pięknie podziękowałem w myślach opiekunowi na Górze, resztą zajęli się lekarze. Byłem tak bliski tego, co spotkało brata, że w ręce wspaniałych szczecińskich kardiochirurgów trafiłem w trybie ekspresowym. Mieli ze mną kłopot i oni i później kardiolodzy koszalińscy. Ale od "zabiegu", po którym mam długie blizny na obu nogach, mostek powiązany drutami oraz skróconą tętnicę piersiową minęło już dziesięć lat i wszystko byłoby OK, gdyby nie wypowiedź młodego, podobno zdolnego i dobrego kardiologa z Białogardu, który stwierdził, że powinienem się cieszyć, bo wg statystyk pacjenci z by-passami żyją przeciętnie sześć lat. Pewnie, że cieszę się, ale pocieszył mnie tak, że teraz, zamiast beztrosko wędrować ze spinningiem albo poznawać z pontonu nowe jeziora i rzeki, każdą wolną chwilę spędzam przy porządkowaniu materiałów foto i wideo. Z obawą, że wszystkiego uporządkować nie zdążę :(!

Przełom Parsęty i tereny powyżej Osówka odwiedzałem wielokrotnie. Dolinę Parsęty obserwować można nawet z drogi asfaltowej przecinającej wieś. Z wysokiego brzegu zawsze, o każdej porze roku wygląda pięknie. Sprawdzając Parsętę niemalże od źródeł, dopiero tam, i tylko raz, spotkałem wędkarza. Przywędrował z Tychówka, a to spory kawał drogi. Twierdził, że poniżej przełomu na początku sezonu łowi trocie. W dniu, w którym spotkaliśmy się, w środku lata, podobnie jak ja szukał pstrąga. Wracaliśmy "na sucho", a że gawędziło się przyjemnie, odwiozłem piechura pod próg jego domu.

Innego wędkarza wprowadziłem na ten odcinek sam. Przyjechał z Gliwic z żoną karlinianką, a że koniecznie łowić chciał pstrągi, żona po starej znajomości umówiła go ze mną. Wędkowaliśmy krótko, ale wrócił szczęśliwy z 36-centymetrowym potokowcem. Ja zaliczyłem tylko potężne uderzenie, prawdopodobnie troci. Jakie wyniki uzyskał w późniejszych samotnych wyprawach,  nie wiem. Nie mogłem mu towarzyszyć, bo akurat mieliśmy tradycyjne, coroczne urwanie głowy z techniczną obsługą akcji żniwnej.

Parsęty przy drodze 163 nie sprawdzałem. Okolice mostu drogowego mam na fotkach i taśmach, ale bardzo dogodny parking i widok wydeptanych na brzegach ścieżek, do wędkowania wciąż mnie zniechęca. Mam - co prawda - bardzo dużo przykładów na to, że w miejscach wydeptanych łatwiej jest złowić rybę (i właśnie dlatego są często odwiedzane), ale zawsze niesie mnie tam, gdzie brzegi są dzikie i trudnodostępne. Pewnie dlatego, że już samo pokonywanie trudności i poznawanie nowych miejsc sprawia mi dużą frajdę, a pełną satysfakcję osiągam wtedy, gdy w takim, wg własnego wyczucia dobrze wybranym miejscu, złowię dorodną rybę.

Próbowałem takie miejsca wyszukać na wysokości Kolonii Osówko i w okolicach Ryszczewa. Znalazłem zaledwie kilka. Na  długim odcinku, przy niskiej wodzie brzegi są wysokie na tyle, że ryby nie mógłbym dosięgnąć ani podbierakiem, ani osęką.

Jedno popołudnie przeznaczyłem na rozpoznanie rzeki poniżej Byszyna, inne poniżej Rogowa. Miejsc miłych dla oka i duszy wędkarza jest tam wiele, ale zawsze, im bliżej są zabudowań, tym częściej stoją w nich siatki lub sznury.

 
Kilkukilometrowy odcinek powyżej Elektrowni Rościno przewędrowałem dwukrotnie od strony Elektrowni i raz po wale drugiego brzegu. Nasłuchałem się opowiadań o szczupakowych żniwach, a nawet o wiosennej troci, ale nie złowiłem nic, poza kilku mizernymi okoniami. Za to śmietnisko zastałem nigdzie więcej nad Parsętą nie spotykane. Poprzerastane zielskiem duże ilości plastykowych butelek spotykałem co kilkanaście lub nawet co kilka metrów. Na dowód tego, co piszę, wprowadziłem do galerii kilka fotografii mimo, że nie jest to widok przyjemny :-(.
Strona główna Oferta Materiały Kontakt