0001. Karpacz 2007.10.12-15  
     
                             
                                    Foto - Galeria  miniatur                                                             Wideo - brak  
     
     
 

Jesienny wypad w góry, to sprawka głównie naszej "młodzieży", Magdy i Pawła. Akurat byli umówieni z przyjaciółmi na kilkudniowy pobyt w Szklarskiej Porębie, miejsca w samochodzie mieli wolne, zaproponowali je nam. Za jazdą w charakterze pasażera raczej nie przepadam, bardziej mnie to męczy niż jazda za kierownicą, ale wyłgać się nie miałem jak. W ubiegłym roku nie dałem się namówić na wspólną jazdę do Paryża, pokryłem swoją część kosztów i pozostałem w domu - Irena wymawia mi to przy byle okazji i chyba ma rację, bo moje obawy przed daleką podróżą w upalne lato nie miały sensu skoro samochód ma dobrze działającą klimatyzację a zakwaterowanie w centrum Paryża, w pozostawionym do naszej dyspozycji prywatnym mieszkaniu było bardzo wygodne. Wróciła bardzo zadowolona, ale nadąsana, że na bieżąco nie mogła dzielić się ze mną wrażeniami. Ja też tego bardzo nie lubię, więc często miewam pod ręką aparat albo kamerę (albo jedno i drugie!) po to, by  wszystko, co mnie interesuje i cieszy, możliwie najwierniej utrwalić. A co potem? Niegdyś (natrętnie?) próbowałem prezentować swoje fotki i nagrania każdemu, kto do mnie trafiał. No i zdarzało się, że gość, po kilku minutach grzecznego zainteresowania zaczynał się niecierpliwić. Pokaz natychmiast zamykałem, a kiedy rozmowa schodziła na politykę albo zwykłe ploteczki, odruchowo i nie zawsze grzecznie zgłaszałem poglądy przeciwstawne prezentowanym przez gościa.                Wynik do przewidzenia. Takie kontakty urywały się szybko i tak naprawdę - mimo dość często okazywanego szacunku za inne dokonania - chyba nikt mnie nie lubi. Wielokrotnie obrywam za to od Ireny, ale ani moje zainteresowania ani charakter, zmianie nie uległy. Dlaczego teraz upycham wszystko na stronie internetowej, bez licznika odwiedzających i pytań o komentarze.

 
 

Aby zachować stosowną odległość od młodzieży, wybraliśmy Karpacz. Równo trzydzieści lat temu, na przedwiośniu spędziliśmy tam dwa tygodnie. Paweł miał wówczas trzy latka, a Michał był dopiero, albo już, "w drodze".

 

Pobyt i zakwaterowanie od późnego wieczora w środę do przedpołudnia w niedzielę, uzgodniłem z właścicielką pensjonatu DOROTA. Rzeczywisty termin uległ przesunięci o jeden dzień, bo do Karlina na środę zjechał jakiś niemiecki kandydat na inwestora, a to już służbowa działka Magdy. Łatwiej było (od strony służbowej)  przesunąć nasze terminy niż datę jego przyjazdu.

Wyjechaliśmy w czwartek, krótko po siedemnastej z założeniem, że pokonanie prawie 500-kilometrowej trasy przez Szczecin, Gorzów, Zieloną Górę i Legnicę zajmie nam około siedmiu godzin. Mimo takiego przekonania właścicielkę pensjonatu uprzedziłem żartem, że przed północą będziemy już u niej. Dojechaliśmy po!

Początek podróży takiego obciachu wcale nie zapowiadał. Od startu jechać musieliśmy wolno w bardzo nasilonym w obu kierunkach ruchu TIRów. Kilka odcinków robót drogowych jeszcze bardziej obniżyło przeciętną, ale skutecznie załatwiła nas dopiero nawigacja satelitarna. Jechało się z nią nawet przyjemnie. Spokojne zapowiedzi wszelkich skrętów i wyraźnie widoczny na wyświetlaczu, żywy obraz komentowanej trasy oraz jego zgodność z tym, co w światłach drogowych widać było przed samochodem, tak dalece uśpiły czujność Pawła, że po błędnym nakazie, jaki zaserwował nam satelitarny nawigator w okolicy Kowar, w środku nocy bezkrytycznie dał się wyprowadzić na autentyczne manowce.

Paweł zawsze bardzo nerwowo reaguje na każdą krytykę jego jazdy, więc długo milczałem. Milczałem gdy skończył się asfalt, milczałem gdy jechał drogą odgrodzoną od pól żerdziami, milczałem, gdy wjechał na leśną wąską i zarośniętą  drogę, ale kiedy na tejże drodze dwu, czy nawet trzykrotnie głośno przytarł podwoziem sterczące z drogi kamienie, wrzasnąłem (!) by zatrzymał się wreszcie, bo takie wertepy drogą satelitarną do Karpacza być w żadnym razie nie mogą.

Syn jakby się ocknął. Stanął, wysiedliśmy z samochodu. Minęła godzina dwudziesta trzecia. Pracę silnika głuszył bliski szum wody, więc podeszliśmy sprawdzić, skąd pochodzi. Niespełna trzy metry przed nosem samochodu droga urywała się ostro, a w wąwozie, dwa metry poniżej, szumiał po kamieniach potok. Gdybyśmy w dalszym zaufaniu do nawigacji przejechali krawędź drogi, z wąwozu mógłby nas wydobyć tylko samojezdny dźwig.                                                                                 Przyczynę zwłoki odmeldowałem właścicielce pensjonatu, przeprosiłem i rozpoczęliśmy odwrót. Manewr nawrotu udało się zrealizować tylko dlatego, że stanęliśmy akurat na maleńkim niby placyku wyglądającym trochę tak, jakby zawracały już na nim inne ofiary nawigacji. Paweł musiał nieźle nakręcić kierownicą. Na jazdy przód-tył, z dokonywaniem skrętu, miał co najwyżej pół metra. Pół metra do przodu i tyleż do tyłu. z obrotem samochodu o maleńki kąt!

Czterdzieści minut później, ale już po północy, dotarliśmy do DOROTY. Młodzi pomogli nam objąć kwaterę i pojechali dalej. Poprosiłem ich tylko, aby uważnie obserwowali wskaźnik oleju - kilkanaście lat temu, nad rzeką w okolicy Kamienia Pomorskiego, widziałem skutki jazdy po sterczących betonach oraz minę wędkarza, który uszkodził na nich miskę olejową :-(.

Piątek przeznaczyliśmy na rozpoznanie wycieczkowych programów na sobotę i spacery po okolicy. I tu ciekawostka do wykorzystania. W Karpaczu jest wiele biur turystycznych - każde, na konkretny dzień tygodnia za wyjątkiem niedzieli, ma inną propozycję ze stałego tygodniowego programu, wspólnego dla wszystkich. Po rozmowach telefonicznych sądziłem, że oferta jest wspólna także co do terminów, więc, gdy pierwsze z napotkanych biur zaoferowało tylko Pragę nocą, z wyjazdem o 9.30 i powrotem ok. 1.30, wyszedłem zawiedziony. W Pradze nigdy nie byłem, chciałem ją chociaż przelotnie poznać, ale nie w nocy, przy niepewnej pogodzie, w grupie z przewodnikiem, którego łatwo zgubić. Do następnego biura zajrzałem tylko dlatego, że było po drodze, a wypytać chciałem o szczegóły wycieczek do czeskiego Skalnego Miasta. Okazało się, że to biuro, w ofercie na sobotę wycieczki ma dwie: - jedną do Skalnego Miasta z pływaniem tratwą, drugą na zwiedzanie Pragi w dzień. Wybrałem Pragę, zapłaciłem 2 x 59 zł i na miejscu w biurze, za 145 zł, wykupiłem 1000 koron. Komentarz oraz galeria foto z wycieczki  na stronie 0002.

Po "ustawieniu" soboty, pozostałą część piątku spędziliśmy na spacerze w dolnej części Karpacza i długiej wędrówce wzdłuż wschodniej ściany kotliny, od rozdziału drogi na Jelenią Górę i Kowary po Western City i hotel Relaks. Od zwiedzania Western City odstąpiliśmy bo akurat trafiliśmy na zimny, ostry wiatr. W wędrówce powrotnej kilka razy pytaliśmy tubylców o kierunek na wybrane cele i dreptaliśmy do nich raz w górę, raz w dół, powoli, bez pośpiechu. Znaleźliśmy nawet czas na podręczny posiłek na jednym spośród kilku potężnych świerków, przełamanych na wysokości około dwóch metrów jak zapałki. Wichura, która dokonała tego z drzewami, grubymi w miejscach przełomu na prawie sześćdziesiąt centymetrów, musiała być wyjątkowo gwałtowna. Dziwiło mnie tylko, że połamała je w głębi świerkowego lasu, a świerki zewnętrzne ataki wiatru przetrzymały.

Niedzielny poranek okazał się wyjątkowo piękny. Błękitne bezchmurne niebo, lekki szron na dachach, pięknie wyostrzone i podświetlone wschodzącym słońcem szczyty, bezwietrznie - czas idealny na spacer, a dla fotoamatora zachęta nie do odrzucenia. Więc - szybkie śniadanie na kwaterze, pieniądze na następny posiłek do torby ze sprzętem, aparat na szyję i ...wymarsz w plener. Tam wszędzie pięknie, więc fotki, fotki, fotki a dopiero później problem, które z nich usunąć, a które umieścić w galerii. Z kilku wyłączonych zmontowałem króciutki klip, nieco uszczypliwy wobec PiSu, ale odpowiadający moim odczuciom. Nigdy nie miałem nic przeciwko temu, aby przetrzepano złodziei, którzy zawłaszczyli znaczną część majątku narodowego, szczególnie tych, którym za mało było balcerowiczowskiego "pierwszego ukradzionego miliona". Na nich PiS okazał się za krótki, bo Polacy przy korycie durniami nie są. Aby z państwowego garnka wyłowić najlepsze kąski zmienili prawo, w zgodzie z nim, ze wsparciem kredytów z banków państwowych (i to kredytów zabezpieczonych hipoteką na przechwytywanych kąskach) wyłowili to, co im pasowało i ...zmiany prawa odwrócili. Majstersztyk prawny, po którym PiS może jedynie popatrzeć na wyprostowane środkowe palce spryciarzy. Skończyło się na postraszeniu płotek i to metodami budzącymi obrzydzenie.

Krótko po południu dołączyli do nas młodzi, Magda i Paweł. Zaliczyliśmy zjazd rynną, spacer skrótem do wyciągu krzesełkowego i wjazd na Kopę. Na wjazd na Śnieżkę zabrakło nam czasu, a szkoda. Wjedziemy za rok.

Na Kopie atrakcyjne urozmaicenie. Zarejestrowałem seriami start dwóch paralotni. Fajna sprawa. Dotychczas nie bardzo wiedziałem, jak amatorzy tej przyjemności radzą sobie z transportem sprzętu - okazało się, że cały swój majdan mają w fikuśnych plecakach, które podczas lotu stanowią siedzisko. Na stoku wydobyli z nich czaszę i linki, rozłożyli je na trawie, potem chwyt za linki, krótki rozbieg i ulokowanie tyłka w siedzisku. Dalej już tylko majestatyczny, bezszmerowy (jak w spływanie pontonem!) lot. Proste - prawda? Ale tylko dla doświadczonych paralotniarzy! Lecieli naprawdę wysoko. Gdzie lądowali nie wiem.

Po powrocie z Kopy, na dole poniżej stacji wyciągu, zaliczyliśmy po kilka gorących oscypków. Polecam. Turystom, których wiatr mocniej na krzesełku przedmucha, doradzam do tego lampkę grzanego wina, a po spacerze na dół do miasta, kolejną przyjemność - posiłek albo przynajmniej grzane piwo z sokiem w "Zagrodzie Góralskiej". Po zaliczeniu obu tych przyjemności, po zmierzchu dotarliśmy wreszcie do pensjonatu. Komu z nas w pensjonacie strzeliło do głowy, aby wieczór spędzić na grze w pokera - naprawdę nie wiem. Młodzi, jak to zwykle bywa z nowicjuszami, od początku mieli fart. Oskubali mnie dość szybko, ale kiedy już oswoili się z regułami gry, zaczęli kombinować. I przekombinowali. Skończyli z maleńką 17- złotową stratą.

Poranek poniedziałkowy okazał się jeszcze piękniejszy od niedzielnego. Ale to pewnie dlatego, że to akurat rocznica moich urodzin. Przy takiej pogodzie bardzo chętnie powędrowałem "do sklepu po świeże pieczywo". Oczywiście z aparatem. Kilka ładnych fotografii przybyło.

Po śniadaniu i rozliczeniach z właścicielką, zgodnie z wcześniejszymi z nią uzgodnieniami, czyli o godzinie dziesiątej, opuściliśmy pensjonat. Przed jazdą powrotną podjechaliśmy sprawdzić, jak zachowa się nasze auto na odcinku drogi, któremu przypisuje się anomalie grawitacyjne. Zjawisko intrygujące. Po powrocie do domu spróbowałem w Internecie znaleźć jakąś naukową opinię ale przy wielkiej mnogości niekonkretnych wypowiedzi na przeróżnych forach, odłożyłem poszukiwania na później. Prawdopodobnie powrócę do sprawy przy następnym pobycie w Karpaczu. Kiedy to nastąpi, oczywiście nie wiem, ale wiem, że warto tam pomieszkać o każdej porze roku!

Strona główna Oferta Materiały Kontakt